Prawdopodobnie pamiętacie, jak w poprzednim numerze zapraszaliśmy Was na wystawę fotografii Katarzyny Bajdy-Rusztowicz. Zdjęcie jej autorstwa gościło również na okładce tamtego wydania. W miarę naszych możliwości przybliżyliśmy Wam postać autorki, zamieściliśmy także wizualny fragment jej bogatego dorobku artystycznego. A dziś mamy relację z inauguracji wystawy, która to odbyła się 14 października w Galerii Sztuki A1 w Krakowie. Frekwencja podczas tego wydarzenia chyba przerosła oczekiwania, ponieważ zabrakło miejsc siedzących w trakcie pokazu filmu otwierającego cykl prezentacji zatytułowanej „Modlitwa”. Cykl, ponieważ na całość wystawy składało się kilka elementów: premiera filmu, prezentacja fotografii, pokaz XIX-wiecznej mody oraz recital do muzyki stylizowanej na dawną. Każdy z tych elementów dopełniał kolejny, tworząc spójną całość zatrzymaną w czasie przeszłym.

Krótkometrażowy film dał nam przedsmak, będąc wprowadzeniem w stylistykę. Roztoczył tajemną aurę, pokazując historyczne plenery. Nieśpiesznie rozgrywał się w miejscach przesiąkniętych pamięcią, takich jak Stary Cmentarz Pogórski, czy kościół św. Benedykta na Wzgórzu Lasoty w Krakowie. Istotną rolę odegrał także zespół pałacowo-parkowy w Sławikowie. W oparach mgły przemieszczały się tajemnicze postaci z zamierzchłych czasów. Wskazanie czasu oddawały doskonale zrekonstruowane kostiumy. Za stroje odpowiedzialna jest Anna Moryto. Natomiast za stronę muzyczną filmu odpowiedzialni są: Andrzej Zagajewski i Hanka Wójciak. Warto w tym miejscu podkreślić, że wpływ akompaniamentu i wokaliz na baśniowy odbiór filmu, jest nieoceniony. Za animacje komputerowe widoczne pod koniec prezentacji odpowiada Emilia Metzel. Za sprawą tych wszystkich zabiegów obraz uzyskał mroczny wyraz, ale daleki od napawania lękiem. Miał on rozbudzić naszą ciekawość na moment przed przystąpieniem do oglądania wystawionych fotografii.

Romantyczne sceny ujęte na kilkudziesięciu zdjęciach ukazały jeszcze jeden plan, mroczne piwnice krakowskich kamienic, oraz lekko rozmyte płomienie spowijające Lucyfera — jedną z postaci „Modlitwy”. Ten efekt został nawet wzmocniony, gdyż fotografie wydrukowane na płótnie i rozpięte na blejtramach zawisły na ścianach takiej właśnie mrocznej, krakowskiej piwnicy z kamienia i cegły, o charakterystyczny kolebkowym sklepieniu. Nad wszystkim górował atrybut Lucyfera — makieta skrzydeł przez niego noszonych w trakcie sesji zdjęciowych. Skrzydła o rozpiętości ponad 3,5 metra wpisały się w klimat i były swego rodzaju zwieńczeniem prezentacji. Ten duży gadżet przykuwający uwagę był także  kolejnym elementem spinającym cykl. Bo kiedy zaprezentowały się nam modelki w strojnych sukniach — notabene, skrupulatnie odgrywające swoje role narzucone przez przywdziany strój, a raczej jego dawny charakter — kiedy już uważnie zeszły ze stromych schodów i jedna po drugiej ustawiły się pod wiszącymi skrzydłami, wtedy obraz się dopełnił. Modelka w żałobnej sukni, z kamienną twarzą i zimnym spojrzeniem, ustawiła się pośrodku skrzydeł i leniwie przesunęła spojrzeniem po sali. Mistyka się ziściła. Zadziałała i zamknęła cykl.

 

Nie był to koniec wieczoru, ale przejście do mniej baśniowej stylistyki. Rozpoczął się recital Hanki Wójciak przy akompaniamencie Jakuba Piechnika grającego na gitarze. Hanka dawała popisy możliwości głosowych, a goście śmielej korzystali z bogato zastawionego bufetu. Sielskie utwory wciągały do rozkosznego podrygiwania oraz podśpiewywania pod nosem. Dzieci przejęły środek sali, dając publiczne występy. W ten sposób uzyskaliśmy niemal XIX-wieczną biesiadę na zamku. Koniec końców sąsiedztwo zobowiązuje, bo Wawel znajduje się nieopodal, zaledwie jakieś dwieście metrów od Galerii A1.

Na szczególną uwagę zasługuje harmonijność wystawy oraz kunszt oddania detali. Mam na myśli zarówno drobiazgowe elementy fotografii takich, jak te przedstawiające pokawałkowane ludzkie oblicza ukazane w rozbitym lustrze. Ale także bogato zdobione suknie, perfekcyjne makijaże, takież same fryzury, a do tego przykuwająca uwagę biżuteria, również odtworzona zgodnie z ówczesnymi trendami w modzie. Tu ukłon w stronę autora ozdób Bartosza Ciby. Każdy element równie szczegółowy, jak dawne frywolitki. Nagromadzenie tak dużej ilości dostojnych niuansów w jednym projekcie po prostu musiało zaowocować powodzeniem. Natomiast wielopłaszczyznowość przekazu nie mogła pozostawić żadnego z odbiorców niewzruszonym. Ilość bodźców była nie tylko satysfakcjonująca, ale co najważniejsze koherentna i wyraźnie zaakcentowana.

[fotografie i tekst autorstwa Piotra Kasperowicza]

Please follow and like us: